Friday, February 18, 2011

o motylach i innych takich

już piątek, a więc mogę się rozgarnąć ;-). Dużo się działo, ale będzie w skrócie

Foczki, Kwoczki czy Babki po prostu!
Ostatnie dwa tygodnie to mój powrót do codziennej aktywności zawodowej. Niemal.
Dostałam się na praktyki - płatne, co jest dużym moim sukcesem, zważywszy na to, że starałam się o nie od maja zeszłego roku. Myślę sobie, że przy moim poziomie norweskiego jest to naprawdę coś. Trzy dni w tygodniu, które spędzam w szkole dają mi wiele radości. Nie zawsze się rozumiemy, ale super jest to, że się nie poddajemy - ani dzieciaki, ani ja. Trochę pomagam w angielskim, trochę w naszych starych ZPT-ach (zajęciach praktyczno-technicznych, dla niewtajemniczonych) i na świetlicy, i przede wszystkim mam kontakt z żywym językiem. To taki mały kroczek, który przybliża mnie do marzeń.
Może rzeczywiście powinnam się nastawić na małe kroczki, żadne tam loty, rozpięte skrzydła, skoki w przepaść...

Razem z grupą mieszkających w okolicy Polaków założyliśmy stowarzyszenie, aby powołać Polską Sobotnią Szkołę i realizować różne projekty! Zakończyliśmy tłumaczenie statutu i się rejestrujemy! IHA! Kciuki proszę nadal trzymać ;-). Przy okazji stowarzyszenia, nawiązujemy różne kontakty, budujemy sieć partnerów. Jednym z nich ma być  kościół katolicki z pobliskiego miasteczku w osobie nieziemsko przystojnego proboszcza, który na dodatek kolekcjonuje... motyle! :-)))))))) I ma takie siatki na motyle, i w ogóle. I już go widziałam oczyma wyobraźni jak hula po łąkach z tymi siatkami, w jakimś kapeluszu i sutannie. Już go uwielbiam całym sercem ;-).


Wieczory, których nie wypełniają mi sprawy stowarzyszenia, spędzam na siłowni. Zapisałam się na gym, bo kręgosłup rozpadł mi się w drobny mak, nie wspominając już o tych prawie 20 (!) kg, co mi przybyło. Zatem się gimnastykuję, rozciągam, odkrywam mięśnie, a kręgosłup już nie boli :-).

Ciuciu, cieszę się, że serce zwrócone! Bez serca ani rusz. No ani ani.
Babko zza Oceanu, cieszę się, że dołączyłaś. I choć świat za oceanem trochę inny niż na starym kontynencie, to jednak rozterki te same. Dwa dni temu zaledwie siedziałam u siebie z przesympatyczną inną Babką i rozmawiałyśmy o zmianie. O naszych potrzebach zmiany, o tym lęku przed i ekscytacji zarazem. Łatwo przywiązujemy się to tego, co jest nam znane, pewne. Boimy się wszystkiego, co narusza nam tę stałość. Coś o czym nie pogadałyśmy, a co przyszło do mnie i siedzi mi w głowie, to zmiany, na które mamy wpływ i zmiany zupełnie poza naszą kontrolą. Szukam jednak odpowiedzi na pytanie - czy zmiana, na którą nie mamy wpływu nie jest przypadkiem zmianą wywołaną "efektem motyla", czyli naszym wcześniejszym działaniem, jakąś wcześniejszą akcją? Bo jeśli jest, to aż boli, gdy sobie uświadomimy, jak bardzo musimy być - no właśnie - ŚWIADOMI siebie i tego, co robimy, co wysyłamy w świat.

Miało być krótko, a wyszło jak zwykle w moim przypadku... Za dwa tygodnie kończy się karnawał... Balujecie???

Cmoki,
Rozciągnięta Baba ;-)

No comments:

Post a Comment