Hej Ciuciu,
Napiszę Ci, co ostatnio mną wstrząsnęło.
Dwa dni temu, w poniedziałek, w naszym małym miasteczku doszło do strasznej tragedii - w okolicach gimnazjum znaleziono dwie osoby z ranami kłutymi. Jedną z osób był 14 letni Jakob o somalijskich korzeniach, drugą - 48 letnia Norweżka - Tone, nauczycielka w pobliskim przedszkolu, która wyszła po pracy z psem na spacer. Oboje zmarli po przewiezieniu do szpitala. Policja wszczęła dochodzenie, nie mogli połączyć tych dwóch ofiar, Miasteczko zamarło. Zamarliśmy i my w obliczu tych bezsensownych śmierci.
Dziś do zabójstwa przyznał się piętnastolatek, jednak policja nie podała jeszcze motywu. Przypuszczamy, że prawdopodobnie doszło do bójki między chłopcami i kobieta zareagowała, być może widziała morderstwo chłopca... Nie wiemy.
Pojechaliśmy dziś pod szkołę zapalić znicze, popłakałam się.
Zginął chłopiec, kobieta, która wyszła na spacer, a tragedię przeżywają przecież nie tylko rodziny, które straciły najbliższych, ale i rodzice piętnastolatka, który zbrodni dokonał.
Przedszkole, w którym pracowała Tone, zostało zamknięte, na kilka dni, nauczyciele rozważają jak o nieobecności ulubionej pani poinformować dzieci. W szkole, do której chodził chłopiec, również udziela się pomocy psychologicznej kolegom i koleżankom Jakoba. A ja sobie myślę, że my wszyscy przechodzimy przecież jakąś traumę.
I teraz tak. V. mówi, że zabójca (jak okropnie to brzmi) to produkt tego systemu, społeczeństwa, a ja się jakoś tak wewnętrznie nie zgadzam. Mam opór, by zrzucić winę na system, choć przecież nie jest idealny, i w sumie najlepsze jest to wytłumaczenie. V. cierpliwie mi tłumaczy, że zobacz, nie ma w tym kraju pełnych rodzin, jeśli są, to traktowane są raczej jak kurioza niż norma. Normą jest też to, że rodzice pracują, potem muszą się relaksować; rodzice często wiodą oddzielne, samodzielne (!) życia. Dzieci spycha się na jakiś taki emocjonalny margines, rodzina nie jest wartością, choć niby oficjalnie jest. I rozumiem tę argumentację, trochę się nawet zgadzam, ale nie przyjmuję to wiadomości, że piętnastolatek nie ma własnego mózgu. Rozumiesz? Teraz znowu myślę, że nawet jeśli ma, to i tak mózg ten funkcjonuje w określonym "środowisku społecznym"... i kółko się zamyka...
Potem znowu słyszę opinie, że zabity chłopiec miał przecież konflikty z prawem, znany był policji, tak jakby to miało wszystko tłumaczyć. Okropne!
I ludzie po prostu są wstrząśnięci tym, że Tone była w pracy, wyszła z psem na spacer, zareagowała, widząc, co się dzieje (dziś już wiadomo, że chciała pomóc Jakobowi) i nie wróciła do swojego domu. I choć wiem, wiem przecież, że tysiące takich śmierci zdarzają się codziennie, to jednak nie mogę, no nie mogę się z tym pogodzić.
I wiesz, ogromną czuję/czujemy odpowiedzialność na sobie, by wychować dziecko, które będzie miało szacunek do życia i drugiego człowieka, który będzie umiał radzić sobie z emocjami, który w nas będzie znajdował oparcie, choćby nie wiem co.
I jeśli śmierć, czyjakolwiek śmierć ma jakiś sens, to chyba o tyle, o ile coś w nas porusza.
No bardzo jestem smutna, Ciuciu. Liczę, że mną potrząśniesz.
Buzi.
Napiszę Ci, co ostatnio mną wstrząsnęło.
Dwa dni temu, w poniedziałek, w naszym małym miasteczku doszło do strasznej tragedii - w okolicach gimnazjum znaleziono dwie osoby z ranami kłutymi. Jedną z osób był 14 letni Jakob o somalijskich korzeniach, drugą - 48 letnia Norweżka - Tone, nauczycielka w pobliskim przedszkolu, która wyszła po pracy z psem na spacer. Oboje zmarli po przewiezieniu do szpitala. Policja wszczęła dochodzenie, nie mogli połączyć tych dwóch ofiar, Miasteczko zamarło. Zamarliśmy i my w obliczu tych bezsensownych śmierci.
Dziś do zabójstwa przyznał się piętnastolatek, jednak policja nie podała jeszcze motywu. Przypuszczamy, że prawdopodobnie doszło do bójki między chłopcami i kobieta zareagowała, być może widziała morderstwo chłopca... Nie wiemy.
Pojechaliśmy dziś pod szkołę zapalić znicze, popłakałam się.
Zginął chłopiec, kobieta, która wyszła na spacer, a tragedię przeżywają przecież nie tylko rodziny, które straciły najbliższych, ale i rodzice piętnastolatka, który zbrodni dokonał.
Przedszkole, w którym pracowała Tone, zostało zamknięte, na kilka dni, nauczyciele rozważają jak o nieobecności ulubionej pani poinformować dzieci. W szkole, do której chodził chłopiec, również udziela się pomocy psychologicznej kolegom i koleżankom Jakoba. A ja sobie myślę, że my wszyscy przechodzimy przecież jakąś traumę.
I teraz tak. V. mówi, że zabójca (jak okropnie to brzmi) to produkt tego systemu, społeczeństwa, a ja się jakoś tak wewnętrznie nie zgadzam. Mam opór, by zrzucić winę na system, choć przecież nie jest idealny, i w sumie najlepsze jest to wytłumaczenie. V. cierpliwie mi tłumaczy, że zobacz, nie ma w tym kraju pełnych rodzin, jeśli są, to traktowane są raczej jak kurioza niż norma. Normą jest też to, że rodzice pracują, potem muszą się relaksować; rodzice często wiodą oddzielne, samodzielne (!) życia. Dzieci spycha się na jakiś taki emocjonalny margines, rodzina nie jest wartością, choć niby oficjalnie jest. I rozumiem tę argumentację, trochę się nawet zgadzam, ale nie przyjmuję to wiadomości, że piętnastolatek nie ma własnego mózgu. Rozumiesz? Teraz znowu myślę, że nawet jeśli ma, to i tak mózg ten funkcjonuje w określonym "środowisku społecznym"... i kółko się zamyka...
Potem znowu słyszę opinie, że zabity chłopiec miał przecież konflikty z prawem, znany był policji, tak jakby to miało wszystko tłumaczyć. Okropne!
I ludzie po prostu są wstrząśnięci tym, że Tone była w pracy, wyszła z psem na spacer, zareagowała, widząc, co się dzieje (dziś już wiadomo, że chciała pomóc Jakobowi) i nie wróciła do swojego domu. I choć wiem, wiem przecież, że tysiące takich śmierci zdarzają się codziennie, to jednak nie mogę, no nie mogę się z tym pogodzić.
I wiesz, ogromną czuję/czujemy odpowiedzialność na sobie, by wychować dziecko, które będzie miało szacunek do życia i drugiego człowieka, który będzie umiał radzić sobie z emocjami, który w nas będzie znajdował oparcie, choćby nie wiem co.
I jeśli śmierć, czyjakolwiek śmierć ma jakiś sens, to chyba o tyle, o ile coś w nas porusza.
No bardzo jestem smutna, Ciuciu. Liczę, że mną potrząśniesz.
Buzi.
No comments:
Post a Comment