Franko ze Smutolandu,
widzisz u mnie też deszcz. I też łez. I za oknem też. U Ciebie ktoś nadzieję zbudził, a u mnie podeptał moją wiarę.
Widzisz Franko, obie uczymy się bycia z ludźmi - Ty praktykując whateverowanie, doszukując/zanurzając się w magii, a ja... no właśnie, nie wiem jak.
Nie pierwszy raz nadzieja, a może właśnie oczekiwanie, rozpada się w drobny mak. Myślę, że to oczekiwanie właśnie, nie Nadzieja. Moje oczekiwania wobec ludzi, spraw powstają szybko. Klocek na klocek i ani się człowiek (czyli ja) obejrzy, a już ma przed sobą konstrukcję, że hej. A im szybciej wieżyca powstaje, tym przy upadku huk głośniejszy i kurzu więcej. Zostają tylko ryk i płacz, i zgrzytanie zębami. I chcę nie oczekiwać, a brać co przychodzi, i wychodzi mi to coraz lepiej. Ale...
Wiesz, mam taką głupią matematykę - wydaje mi się, że jak ja jestem uczciwa wobec innych, to i inni będą uczciwi wobec mnie. Zgadnij, jak to wygląda w praktyce?
Odkąd jestem na emigracji, mam wrażenie, że wszystko, czego dotykam, rozpada się w proch; albo też, że droga do celu skręca się w tak zawrotnym tempie, że wypadam na zakrętach, tłukąc się boleśnie.
I widzisz kochana, jak sobie myślę o naszych potłuczeniach, to coraz bardziej mi się wydaje, że można mieć wszystko, ale nie w tym samym czasie. A nasz problem być może polega na tym, że chcemy od razu i to, i tamto. I być niezależne, i zależne w tym samym czasie. I szczęśliwe, i drama queens. Nasze romantyczne serca wyrysowały już świat dookoła nas. Nie ma w nim miejsca na szuje, kłamstwa, podłość. Jest za to miejsce na ból, przeżywanie, oczekiwanie na miłość, tęsknotę... I Ty, i ja, ratujemy się oczywiście, jak to tylko możliwe. Ty praktykujesz whateverowanie, ja chyba zbyt uparcie trzymam się zasad.
Nie rozumiem ludzi dookoła mnie, wiesz? Nie radzę sobie z byciem w obcym kraju, z tym, że moje marzenia zarastają kurzem, że przewartościowuje mi się świat, że jestem tak bardzo zależna od tego jednego jedynego... Że gdzieś zniknęły moja siła, odwaga, rozpostarte skrzydła... i ta radość, która mnie rozpierała, dusiła, unosiła... Za to nieproszone pojawiły się frustracja, rozczarowanie, łzy niemal co drugi dzień, zazdrość i taki ból w środku, taki ból... I nie koi go nawet pocałunek ukochany.
Też zaliczyłam spodziewany upadek z 300-go piętra. Wylizuję rany. Jutro jeszcze pewnie pochlipię, ale w poniedziałek znów się podniosę. Bo mam nadzieję, że kiedyś coś się uda, że kiedyś coś zrozumiem. Albo i nie, ale pogodzę się z tym i będzie mi dobrze. W sumie nic nie muszę. Tylko pielęgnuję w swym sercu właśnie tę nadzieję. Tak jak Ty, prawda?
No i przetrwamy :-). Wszystko.
Nawet disco ;-)).
Buziam i tulam,
Rozmoknięta Baba
widzisz u mnie też deszcz. I też łez. I za oknem też. U Ciebie ktoś nadzieję zbudził, a u mnie podeptał moją wiarę.
Widzisz Franko, obie uczymy się bycia z ludźmi - Ty praktykując whateverowanie, doszukując/zanurzając się w magii, a ja... no właśnie, nie wiem jak.
Nie pierwszy raz nadzieja, a może właśnie oczekiwanie, rozpada się w drobny mak. Myślę, że to oczekiwanie właśnie, nie Nadzieja. Moje oczekiwania wobec ludzi, spraw powstają szybko. Klocek na klocek i ani się człowiek (czyli ja) obejrzy, a już ma przed sobą konstrukcję, że hej. A im szybciej wieżyca powstaje, tym przy upadku huk głośniejszy i kurzu więcej. Zostają tylko ryk i płacz, i zgrzytanie zębami. I chcę nie oczekiwać, a brać co przychodzi, i wychodzi mi to coraz lepiej. Ale...
Wiesz, mam taką głupią matematykę - wydaje mi się, że jak ja jestem uczciwa wobec innych, to i inni będą uczciwi wobec mnie. Zgadnij, jak to wygląda w praktyce?
Odkąd jestem na emigracji, mam wrażenie, że wszystko, czego dotykam, rozpada się w proch; albo też, że droga do celu skręca się w tak zawrotnym tempie, że wypadam na zakrętach, tłukąc się boleśnie.
I widzisz kochana, jak sobie myślę o naszych potłuczeniach, to coraz bardziej mi się wydaje, że można mieć wszystko, ale nie w tym samym czasie. A nasz problem być może polega na tym, że chcemy od razu i to, i tamto. I być niezależne, i zależne w tym samym czasie. I szczęśliwe, i drama queens. Nasze romantyczne serca wyrysowały już świat dookoła nas. Nie ma w nim miejsca na szuje, kłamstwa, podłość. Jest za to miejsce na ból, przeżywanie, oczekiwanie na miłość, tęsknotę... I Ty, i ja, ratujemy się oczywiście, jak to tylko możliwe. Ty praktykujesz whateverowanie, ja chyba zbyt uparcie trzymam się zasad.
Nie rozumiem ludzi dookoła mnie, wiesz? Nie radzę sobie z byciem w obcym kraju, z tym, że moje marzenia zarastają kurzem, że przewartościowuje mi się świat, że jestem tak bardzo zależna od tego jednego jedynego... Że gdzieś zniknęły moja siła, odwaga, rozpostarte skrzydła... i ta radość, która mnie rozpierała, dusiła, unosiła... Za to nieproszone pojawiły się frustracja, rozczarowanie, łzy niemal co drugi dzień, zazdrość i taki ból w środku, taki ból... I nie koi go nawet pocałunek ukochany.
Też zaliczyłam spodziewany upadek z 300-go piętra. Wylizuję rany. Jutro jeszcze pewnie pochlipię, ale w poniedziałek znów się podniosę. Bo mam nadzieję, że kiedyś coś się uda, że kiedyś coś zrozumiem. Albo i nie, ale pogodzę się z tym i będzie mi dobrze. W sumie nic nie muszę. Tylko pielęgnuję w swym sercu właśnie tę nadzieję. Tak jak Ty, prawda?
No i przetrwamy :-). Wszystko.
Nawet disco ;-)).
Buziam i tulam,
Rozmoknięta Baba
No comments:
Post a Comment