Kochane Babki!
Piszę do Was, bo nagle głos mój odbija sie od ścian zbyt boleśnie. Deszcz mi się przyplątał. I nie mogę - znów! - nadziwić się, jak smutny jest deszcz, który przecież wiedziałam, że przyjdzie, i spodziewałam się go. I dlaczego dlaczego to wciąż tak bardzo boli, nawet gdy wiemy. Dlaczego każda zła wiadomość, o której przecież tak dobrze wiemy, że będzie zła, wydziera z nas ostatni oddech. Dlaczego ta maleńka iskierka nadzieji, że jest jednak inaczej, zachowuje nam się, jakby była stuprocentową pewnością.
Wciąż uczę się nieoczekiwania i kiedy wydaje mi się, że tak świetnie sobie już radzę, rozczarowanie, które przecież znam na pamięć!! - spada mi na głowę. Deszczem
łez.
Więc był ON. Pierwszy człowiek od tak dawna, od K., który sprawił, że znów fruwałam. Ba! Kazał mi pisać! Człowiek, któremu jeden raz spojrzałam w oczy i nadzieja pochłonęła mnie bez końca. Przy którym w jednej małej chwili poczułam... MAGIĘ. A Babki Kochane, jak często zdarza się poczuć z kimś przy kimś magię?
I przecież wiedziałam, że znów sama sobie wymyśliłam tę magię, że jej tak naprawdę nie było. A może była, ale właśnie gdy jest, to zawsze jest tylko dla mnie. Bo przecież ja i tak, od zawsze, nie wierzę we wzajemność. A co dopiero miłości z wzajemnościami. I właśnie więc przecież doskonale wiedziałam i dostałam dowód na brak magii po tamtej stronie brzegu. I nawet chyba się z tym pogodziłam. Aż do kolejnego telefonu przynajmniej. Telefonu, który znów wpędził mnie w tę głupią, niezdrową o jakże niezdrową nadzieję...
A dziś dowiedziałam się, że niesłuszna ta moja nadzieja. A dziś dowiedziałam się, że moja historia tysięczny raz się powtórzyła. Ot, jakoś zawsze wybrany zostaje ktoś inny. Ja jestem bardzo fajna, ale... no właśnie.
I Babki, najbardziej nie mogę uwierzyć samej sobie. Że ot jakiś głupi, zupełnie nieciekawy facet, którego tak naprawdę zupełnie nie znam, i który zupełnie do mnie nie pasuje, że taki to właśnie facet tak bardzo wyprowadził mnie z równowagi. Mnie, niezależną silną kobietę sukcesu, która pokonała czołg, stado szerszeni i wiele innych insektów. Mnie, której mantra brzmi “whatever” i która postanowiła sobie już dawno, że nie da się żadnemu facetowi. I ot, dała się. Tak łatwo. Tak beznadziejnie.
I jak można
być na sto procent pewnym, że przegraliśmy, i gdy dostajemy oficjalny komunikat, czuć się, jakby ktoś zrzucił nas z 300ego piętra i na dole jeszcze skopał.
I Babki Kochane, nawet jakoś nie mam komu o tym powiedzieć. Nikogo to przecież nie obchodzi.
I tak do Was pisze, smutniej niż zwykle, bo może jak napisze, to trochę mi przejdzie i będę się w stanie wziąć za wystawienie tych ocen, które aż piszczą.
I chyba z nadzieją, że Wy, które wierzycie w rzeczy, w które ja nie wierzę, powiecie mi coś, co mnie może trochę uśmiechnie albo odsmutni. No albo coś.
Ze Smutolandu, z nadzieją, że przestanie padać,
Franka
No comments:
Post a Comment