Monday, May 23, 2011

Przecież Kochamy Walczyć

Rozmoknięta Babko!

Czytam Twoje słowa i tak dobrze je rozumiem... Oczekiwania. Ileż ja się o owych napiszę, namyślę, narozmyśluję, jak się ich pozbyć, udusić, ukrócić, żeby tak nie bolało. Milion dialogów z oczekiwaniem i rozczarowaniem nadal niewiele pomogło. I czy ktoś umie sobie z tym radzić? Pośród całego tego whateverowania, tłumaczenia sobie innych ludzkością, nic to tak naprawdę nie daje.
Przypominają mi się te chwile, kiedy (jakże często!) powtarzam mej bratniej duszy z wysp: "ja już nie mogę, już nie dam rady, nie umiem dłużej znosić tego ciągłego rozczarowania"... I wiesz, Babko, co ta duszka mi wtedy odpowiada? Coś, co zawsze, za każdym razem, choćby nie wiem jak źle było, momentalnie stawia mnie na nogi:

"Przecież ty kochasz walczyć!"


Jest taki bardzo średni film, nazywa się "Subject 2", opowiada o facecie, który wynalazł sposób na ożywianie ludzi prądem czy czymś tam. No i tak zabił sobie dwóch ludzi, ale z tym pierwszym coś mu nie wyszło, więc tak oto pojawił się młody chłopak zwany subjectem 2. Ten cały naukowiec przez ten proces zabicia chciał wyprodukować człowieka, który nie czułby bólu. Ale za każdym razem, gdy subject 2 "zmartwychwstawał", widział słońce, góry, słyszał ptaki i jego zachwyt czy wręcz zachłyst tym pięknem powodował, że jego układ nerwowy czy coś tam nie wytrzymywały takich emocji i powodowały jego śmierć w bólu. Naukowiec bez przerwy wycinał mu kolejne nerwy odpowiadające za wrażliwość, chcąc wyprodukować idealnego człowieka bez tego całego shitu, przejmowania się, bez cierpienia poprostu. I w końcu mu się to udało. Jakkolwiek subject 2 nie rozumiał już wtedy po co niby miałby żyć i sam doprowadzał do swojej śmierci.
Wniosek z tego był taki, że bez tej wrażliwości, którą miał, która spowodowała, że był tak bardzo samotny i niezrozumiany, która prznosiła mu tak wiele bólu, bez przerwy, była tak naprawdę wszystkim, czym był. I gdy po każdym zmartwychwstaniu widział świat i czuł piękno, nic już nie było dla niego ważne.
Trudno to opisać, ale myślę, Babko, że my to takie subjecty 2. Niby chciałybyśmy się uwolnić od tej naszej przeklętej wrażliwości, od tego wiecznego oczekiwania, od tej wiary - wiary, która każe nam przenosić góry, stawać na palcach, porywać się z motyką na słońce, wiary w ludzi, którą inni poprostu klasyfikują jako naiwność, a w nas ona wciąż jest tak silna! wiary, jaką nosił na sobie Don Kichot i gdy ją zabił, z pomocą ludzi zresztą, zabił samego siebie - więc chciałybyśmy się uwolnić od tej wrażliwości, wyciąć sobie te nerwy i nie czuć tego cholernego rozczarowania; bardzo.

Ale gdyby nam się to kiedyś rzeczywiście udało, co by z nas zostało??

Więc mimo codziennych praktyk whateverowania, myślę sobie, że nasza wrażliwość jest wszystkim, co mamy. I choć to walka z wiatrakami, to dopóki wierzymy w jej sens, ma ona sens. Musi mieć. Dopóki wiemy, kim jesteśmy, idziemy dobrą drogą.

Dziś rano spotkałam Don Kichota
Był niepodobny do tego którego znałam
z podręcznika do wiary w wiarę
Siedział na ławce
w garniturze czarnym pod krawatem
chyba w wiatraki
włosy elegancko zaczesane do tyłu w dłoni kapelusz
Siedział tak z nogą założoną na nogę
palił hiszpańskie cygaro
To idiotyczne siedzieć w parku na ławce i palić hiszpańskie cygaro
Uśmiechnął się kiedy przysiadłam się doń
z jego podręcznikiem w dłoni
Witaj księżniczko Micomicono powiedział
nie zaprzeczyłam
Nie wiem skąd wiedziałam że to on
Czekasz na Dulcyneę zapytałam a on
Tak czekam Umówiłem się z nią na dziewiątą
Wiesz przyszedłem wcześniej Te korki
Pszczoły Ławki wszystkie zajęte
albo świeżo pomalowane
Już dziesiąta mówię Chyba nie przyjdzie
Skąd u ciebie ta niecierpliwość księżniczko rzekł
wieczność to przecież wcale nie tak długo
trzeba umieć czekać i wierzyć
A jeżeli nie przyjdzie rzekłam Niewierny Tomasz
Jak to mówi Don Kichot Przecież czekam musi przyjść

Błędny rycerz myślę dziś Czekał i nie wierzył
Że można zwątpić Że można nie wierzyć Że Dulcynea może nie przyjść
Żal mi Don Kichota  Mnie księżniczce Micomiconie
***

I tak, wiem, wiem napewno, że nam obu, Babko, kiedyś się coś w końcu uda, coś się ruszy. Musimy tylko "być wierne i iść", a reszta już sie jakoś poukłada.

Kiedyś, jeden murzynek, który pojawił się obok mnie na stacji kolejki, zupełnie jak na filmach, z nikąd, jak anioł, może to był anioł, pojawił się i powiedział mi:

"God always gives you what you want. It may come not in the moment you want it, but ALWAYS ON TIME."

Micomiconowa Franka

No comments:

Post a Comment