Tuesday, November 8, 2016

o kościele. no jakby na to nie patrzeć.

Hej Ciuciu,
Napadało nam śniegu, wiesz? Początek listopada, a my już chodzimy po skrzypiącej od mrozu lodowej bryle. V. mówi, że globalne ocieplenie, to jakaś ściema, bo zamiast konać z gorąca, my szczękamy zębami z zimna. Serio. Dziś było -9. O 7.00 rano.

Tak ładnie napisałaś o sile modlitwy, o jakimś takim poddaniu się, zawierzeniu większej sile...
Blisko mojego dawnego miejsca pracy w Warszawie, stoi mały, stary kościół pamiętający jeszcze XVIII wiek, jeden z niewielu warszawskich zabytków, który przetrwał II wojnę światową. Słyszałam kiedyś, że to dlatego, że jeden esesman, był tak rozkochany w architekturze, że po prostu kościół ocalił. Nie wiem czy to prawda. Chyba raczej wierzę, że mogło się tak stać.
W tym kościele często się zatrzymywałam. Najpierw z ciekawości, bo z reguły był zamknięty w ciągu dnia i wnętrze można było oglądać tylko z przedsionka, zza szyby, Potem sobie przyklękałam i układałam swoje prośby do wszechświata prosto w mrok kościoła. A potem jeszcze robiłam tak, żeby zawsze znaleźć choć pięć minut na moje krótkie modlitwy w Kościele Wizytek.
A jak by nie patrzeć, to był to czas dla mnie. Czas na ułożenie sobie w głowie czegoś, sformułowanie jakiejś idei, wysłanie jej w kosmos, pewnie jakaś forma medytacji, afirmacji,  przyciągania pozytywnych zdarzeń...

I myślę sobie właśnie o dwóch rzeczach -
1. modlitwa, jako oddanie się, zawierzenie, oddanie kontroli (?)
2. miejsce - nie miejsce, w którym się to dzieje. Bo dzieje się przecież w głowie/sercu, a nie miejscu.

I myślę sobie, że człowiek wtedy osiąga szczęście, gdy się właśnie nie szarpie ze światem. Gdy czuje, że ok, cokolwiek się zadzieje, biorę to, akceptuję i heja. I nie ma znaczenia, co to jest. Niezależnie czy jest to wydarzenie pozytywne, czy negatywne, człowiek bierze je na klatę z pokorą, ale i jakąś zgodą. I wcale to nie musi oznaczać bierności.
Całe swoje dorosłe życie staram się przekuwać negatywy w pozytywy, tłumaczyć sobie, że nie ma porażek, bo jeśli czegoś się w jakiś sposób uczę, nabywam doświadczenie, to się rozwijam, a nie upadam.
Mam chwile, gdy potrzebuję kościoła..., ale bez mszy, bez kazania... Potrzebuję ciszy budynku, może mistycyzmu, pewnie bardziej energii ulokowanej w takim miejscu. W Norwegii takiego kościoła jeszcze nie znalazłam. Przestrzeń do  modlitwy/medytacji noszę głównie w sobie. I tęsknię za "moimi Wizytkami"...

Piszesz Ciuciu, o jeszcze jednej ważnej sprawie, która nam umyka. Wdzięczność. Za tu i teraz. Za życie. Za świergot ptaków za oknem, Za deszcz. Za to, że mamy do kogo i z kim. Za błędy. Za wdech i wydech. Za sprawne ręce. Za oczy. Za szukanie i znajdowanie. Za wstawanie, gdy się upadnie. Za siłę. Za wodę, która leci z kranu... Za... za... i za... Wdzięczność. Takie ładne słowo i piękny gest, szczególnie wobec siebie samego.

Ćwiczę się właśnie we "wdzięczności", w byciu wdzięczną za to co mam (czy zauważyłaś, że jest różnica pomiędzy "byciem wdzięczną/-cznym" a "dziękowaniem"?). Wdzięczność chyba idzie z dołu, z pokory, podczas, gdy dziękowanie jest jednak z góry.

Cieszę się z tego Twojego oddechu, Ciuciu!

Przytulam!
B.

No comments:

Post a Comment