Babko,
jesli o diable, to i o jego najlepszym kumplu, bogu bedzie. I o rozmowie z nim, a raczej sluchaniu. Bo musisz wiedziec, ze odkrylam, ze modlitwa to tak nie do konca rozmowa. To raczej nastawienia uszu, uslyszenie tego szeptu. I nie rzecz o uszach wlasciwie, a o sercu. Bo to musi jednak najpierw przez serce.
Odkrylam cos w sobie. Zgode z glebi mego jestestwa na stan rzeczy taki, a nie inny. Przyszla nagle, naturalnie. Minelo rozedrganie, minal strach. Jest tu i teraz.
I tak sobie mysle, ze to jednak modlitwa, ktora nieudolnie czynilam, sila. Dlugo szukalam, niestety w glowie, jak sie dogadac z najwyzszym. W koncu sie poddalam i zaczelam, prawie nieustajaco, spiewac to:
Dlugo trwalo zanim poczulam, no wlasnie, ulge. To odpowiednie slowo. W koncu moge spokojnie wziac glebszy oddech i spokojnie wydychac, bez dlawienia sie swiezym powietrzem.
I wdzieczna jestem.
Buzia,
Ciuciu.
No comments:
Post a Comment