bez której nic.
Od kilkunastu miesięcy staram się wierzyć, że jednak można coś. Ograniczone potrzeby, niezbędne wydatki, ewentualne szaleństwa tylko na jakiś ewentualnych przecenach. I nawet praca w ramach wolontariatu. Zwariowałam? Ano - wyemigrowałam.
Wiesz, że w tym tygodniu kończę lat 33? Dopadły mnie panika, histeria i depresja razem wzięte...
W dodatku śnieg, lawenda mi padła i wcale nie piszę o tym, o czym chciałam. Gubię się w zgubionym wątku.
Pamiętam, że kiedyś (czyli jeszcze jakieś półtora roku temu) niemal codziennie rozpierało mnie uczucie szczęścia, często mówiłam, że czuję jakbym rozpościerała skrzydła i spadała w przepaść - w zaufaniu i radości. Teraz - nie wiem nawet czy mam te skrzydła. Wiem, wiem, zaraz to wykpisz, a ja naprawdę gdzieś się dopalam...
Dziś znowu kopniak w piszczel, niech sobie poskacze pod szkołą. Wróciłam do domu, zgubiłam w ścianie dwie godziny, pochlipałam nad parówkami... jakbym to nie ja podjęła decyzję.
I powinno mi pimpać to i owo, ale nie pimpa... A wręcz przeciwnie - udręcza. Może to przez ten bilans, co go niechcący w głowie robię, bo urodziny, koniec roku, a ja, kurwa, z moim życiem w ciemnym lesie. Żeby w lesie - w dupie głębokiej.
Ot.
Całuję,
Babsko z fiordów.
PS. A co do banku, to kurde nie wiem. To mi akurat pimpa.
No comments:
Post a Comment