Tuesday, November 16, 2010

popołudniowo

Ciuciu, maj dir! kołczu Ty mój personalny!
A jak mi znowu to niebo przed nosem zatrzasną??? Sama nie wiem, kiedy zamieniam się w to ponure jęczące babsko, a  przecież to ja zawsze byłam tym tryskiem energii wszelakiej. A może to nie ja, a kto inny jęczy i się pode mnie podszywa...

O ciuciubabkach też dziś myślałam chwilę. I pomyślałam, że a nuż jakaś inna babka się zechce dołączyć, życiem podzielić, myślą oświecić?

Ciasto zaczęłam robić, choć "robić" to za dużo powiedziane. Tartę jabłkowo-śliwkową robię, bo wybieram się na spotkanie wolontariuszy w Czerwonym Krzyżu. Tym sposobem zacznę zgłębiać trzeci sektor w Norwegii.  Zgłębianie to nie zaczęło się fajnie. W zeszłym tygodniu było spotkanie, na którym, choć miałam być, nie byłam. Napisałam więc do koordynatorki wyjaśnienie, przeprosiny, zapewnienie, że będę następnym razem. W odpowiedzi dostałam sms - du var dumpt da! Mój norweski nie jest jakiś cudowny, ale umiałam to poskładać - du=ty, var=byłaś, dumpt=głupia, da=wtedy... WTF? raz mnie laska widziała i pisze mi, że jestem głupia??? Hmm. Węszyłam podstęp, dlatego też następnego dnia zapytałam w szkole (w której pracowałam jako wolontariuszka) - co to znaczy. Tam się dowiedziałam, że to norweskie wyrażenie "jak mi przykro, że nie dałaś rady". Yyyyy???

Jakiś czas temu, gdy sprzątałam w wakacje w biurze, zamiast powiedzieć, że idę wyrzucić śmieci, powiedziałam, że idę... wyrzygać!... ahahaha

Myślę, że jeszcze nie raz wejdę na taką minę językową...

A na to dziś jeszcze wpadłam - artykuł o J. Kosińskim.

Ja tu pitu-pitu, a tarta się sama nie zrobi...

No comments:

Post a Comment