Saturday, December 4, 2010

jednym palcem pisane

Ciuciu droga,
jak w tytule - dzięciolę tego posta, bo mi się prawa ręka popsuła. Coś tam strzykło, pykło i ręka wisi na szalikowym temblaku.
Tak mi serce radośnie podskakiwało od tego śniegu, co za oknem, a potem na drodze, że oczy nie zauważyły, a nogi nie nadążyły i wylądowałam na tyłku - dwa razy w ciągu niecałej minuty! Kto u mnie był, ten wie, że pełno tu u mnie górek i góreczek, a ja niestety nie opanowałam jeszcze sztuki chodzenia po nich w zimie. Norwedzy to co innego - rodzą się z nartami na nogach i nawet w podeszłym mocno wieku pokonują z lekkością zimowe pagórki.

Jednak ja nie o zimie chciałam i nie o Norwegii, ale o miejscu na ziemi. I o istnieniu chciałam, bo wstrząsnął mną Twój cytat z Kosińskiego. Wielowymiarowość tego istnienia, o którym pisze. Nie ma nas, póki nas inni nie ujrzą... a co z nami samymi? Z tym jak sami siebie postrzegamy.
I z jednej strony tak - wiem i zgadzam się, że potrzebujemy innych, by sami siebie określić, zaistnieć także we własnej świadomości, a z drugiej coś się we mnie buntuje, bo nie potrzebuję innych, by świadczyć o tym, że jestem...
Pamiętam jak kiedyś jechałam pociągiem. Chyba wracałam z Katowic, z Muzeum, gdzie zdobywałam materiały o Konradzie Swinarskim. To była taka moja pierwsza samotna podróż - tylko ja i moje myśli, a za oknem przesuwający się świat. Chciałam wyjść w pewnym momencie z przedziału, ale dopadł mnie dziwny lęk - co, jeśli ci ludzie z przedziału, zaprzeczą, że tu byłam. Co, jeśli zaprzeczą, że w ogóle jestem. Jak ja sama udowodnię to, że jestem. Czy jeśli inni zaprzeczą, że jestem, że mnie widzą, to będę istnieć?
I zostałam. Nie ruszyłam się z miejsca. I nie lubię podróżować pociągami sama.
V. mówi, że łatwiej o "zniknięcie" w innych oczach, gdy nie jesteś w swoim kraju, bo tu nikt nie zwraca na Ciebie uwagi... ale nie wiem czy się z tym zgadzam. Ludzie są w sumie tacy sami wszędzie.

Za tydzień jadę do Polski, ale nie na święta. Na święta wracam tu i to będą moje i V. pierwsze takie święta - bez naszych rodzin. Tylko my dwoje. Dla niego święta to nic specjalnego, a dla mnie magia. Nie mogę się doczekać wspólnego ubierania choinki, Wigilii, którą sama przygotuję, dzielenia się opłatkiem z najbliższą mi w tej chwili osobą...
I to jest moje "miejsce na ziemi" - nie kraj, nie budynek, w którym mieszkam, ale przestrzeń więzi - emocjonalnych, społecznych - którą tworzę z ukochanym mężczyzną. I nie ma znaczenia "gdzie", ale "jak". To jak ta przestrzeń wygląda, jak sobie w niej radzimy, jak siebie w niej postrzegamy.

PS. Zapytałam V. czy lubi zimę. Stwierdził, że tak, ale pod warunkiem, że jest w tym czasie na Wyspach Kanaryjskich. Taaaa. Też mnie zadziwia jego postawa wobec świata ;-).

PS. II. Mamy z V. bohatera - twórcę WikiLeaks, który nagle stał się najniebezpieczniejszym człowiekiem świata. Dlaczego? Bo ma dostęp do prawdy i ją szerzy. Zobacz, żyjemy w czasach, gdy prawda jest niebezpieczna, już nie - względna, nie - logiczna, ale niebezpieczna...  

No comments:

Post a Comment